poniedziałek, 6 lutego 2023

trzy.

Ogromna biało-czerwona flaga powiewała mi nad głową, a w uszach brzmiało miarowe skandowanie: „Paaaa-weeeeł”. Grażyna jak zwykle nie potrafiła ustać w miejscu – podskakiwała, wrzeszczała, tarmosiła męża za ramię, gubiła czapkę, dyszała, machała rękami, zasłaniała oczy. Krzysztof patrzył na nią z mieszaniną rozbawienia i politowania, ale widać było, że sam też mocno przeżywa skoki syna, tylko w zupełnie inny, wyważony sposób. Tuż obok przy barierce tańczyła ciocia Basia, a jej dwie córeczki trzymały transparent znacznie większy niż one same. Uwielbiałam kibicowanie w towarzystwie rodziny swojego faceta. Zapominałam wtedy, że jestem dziennikarką i dawałam się ponieść emocjom, które dzielone z kimś bliskim były podwójne intensywne.

Po całkiem niezłym skoku gwarantującym miejsce w czołowej piętnastce, podszedł do nas uśmiechnięty Paweł. Zaczął od buziaka dla mnie, a następnie zatonął w uściskach pozostałych członków swojego prywatnego funclubu.

Jak zwykle brakowało tylko Kasi, jego siostry, która co prawda zazwyczaj pojawiała się na zawodach, ale wolała spędzać czas w towarzystwie swoich znajomych. Nie potrafiłam się przekonać do tej dziewczyny. Pozornie była sympatyczna, ale cały czas miałam wrażenie, że traktuje mnie jak zło konieczne. Po sezonie widywałyśmy się dość często, bo była z Pawłem mocno związana, ale ani wspólne wyjścia, ani wypity alkohol, ani nawet krótkie wakacje nad morzem nie zmniejszyły dystansu między nami. Dlatego teraz zdziwiłam się dość mocno, gdy zobaczyłam, że podbiega do naszej barierki. Towarzyszyła jej szczupła blondynka w różowej czapce.

Sekundę później zdziwiłam się jeszcze mocniej, bo ta nieznana mi dziewczyna uwiesiła się Pawłowi na szyi, a on wydawał się być tym faktem zachwycony.

- Magda! Co ty tu robisz? Wieki się nie widzieliśmy!

- Chciałam zobaczyć na żywo jak radzi sobie przyszły mistrz świata.

Ich uściski niepokojąco się przedłużały. Zaczęłam się zastanawiać, czy i kiedy powinnam zainterweniować, by nie wyjść na zazdrośnicę.

- Kochanie, poznaj Magdę – Paweł wreszcie sobie przypomniał o moim istnieniu. – To moja przyjaciółka.

- Cześć – podała mi dłoń. – Jesteś nową dziewczyną Pawła?

- Tak. Najnowszą – wycedziłam przez zęby.

- I najlepszą – uzupełnił mój mężczyzna, otaczając mnie ramieniem. No w końcu.

Przeskanowałam Magdę wzrokiem. Miała dziwny, odrobinę zbyt szeroki uśmiech, ale była zgrabna i niebrzydka. Niestety.

- Na długo przyjechałaś? – Paweł ponownie zwrócił się do niej.

- Chwilowo mam dosyć Londynu, więc mam nadzieję, że na długo.

- Super! Musimy koniecznie umówić się na jakąś kawę. Może w niedzielę po zawodach?

Zazwyczaj pokonkursowe wieczory spędzaliśmy we dwoje. Chodziliśmy na długie spacery albo szukaliśmy jakiejś ciekawej restauracji. To była nasza mała tradycja, sposób na rozluźnienie i naładowanie baterii przed kolejnym tygodniem. Najwyraźniej Paweł jednak o tym zapomniał.

Zaczęłam lekko drżeć, bynajmniej nie z zimna. Nigdy nie byłam zaborcza wobec żadnego swojego faceta, wliczając w to Pawła. Znałam sporo jego koleżanek i co prawda ze względu na nasz wariacki tryb życia nie miałam okazji na nawiązanie z nimi bardziej zażyłych relacji, ale wszystkie zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Z jedną (o ironio, też Magdą) nawet kilka razy wyskoczyłam na wspólne zakupy czy jogę. Ale ta Magda stojąca przede mną należała do zupełnie innej kategorii. Wpatrywała się w Pawła z uwielbieniem wykraczającym poza zwykłe kumpelskie kontakty. Podskórnie czułam, że będą z tego kłopoty. Kiedy odchodził do domku, żeby przygotować się do drugiej serii i bez skrępowania pocałował mnie przy wszystkich, odniosłam wrażenie, że moja nowa znajoma pragnie wydrapać mi oczy.

- Chodź, kochana – Kaśka otoczyła ją ramieniem. – Zdzwonicie się później. Milena, mam nadzieję, że dasz im trochę swobody i nie pójdziesz na tę kawę?

W pierwszej chwili osłupiałam. W kolejnej zapłonęłam gniewem.

- Nie martw się, zaczekam na niego w łóżku. Kawa zawsze go pobudza, będziemy musieli spożytkować tę energię.

Za moimi plecami rozległo się parsknięcie śmiechem i wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, że wygłosiłam tę niezwykle dyskretną uwagę w obecności przyszłej teściowej. Grażyna nie wyglądała jednak na zgorszoną. Mrugnęła do mnie, a Katarzynę przegnała niecierpliwym gestem.

- Zasłaniasz mi, córeczko!

Spróbowałam ponownie skupić się na konkursie, ale jakiś nieokreślony niepokój we mnie pozostał. Obiecałam sobie jednak, że nie powiem nic Pawłowi.

Bo przecież:

a)     kocham go.

b)     ufam mu.

c)     może nawet dobrze się składa, że wyjdą razem, bo w tej ripoście na temat kawy nie było nic przesadzonego.

***

Parzyłam usta grzanym piwem, które w Gołębiewskim zawsze było wyśmienite. Towarzyszyło mi pięć moich ulubionych osób: Monika i Ola ze swoimi mężczyznami życia oraz oczywiście Paweł. Mieliśmy co świętować – Żiga ex aequo z Jankiem Habdasem zmieścił się na najniższym stopniu podium, a Fredrik po raz pierwszy w karierze zajął miejsce w czołowej dziesiątce. Tylko Pawłowi totalnie nie wyszedł drugi skok i ostatecznie spadł na 21. miejsce, ale nie był ani trochę przybity.

- W zeszłym roku też tu byłem 21., a potem zdobyłem najcenniejszą nagrodę we wszechświecie – szepnął mi do ucha. – Wiem, że kalendarzowo to jeszcze nie jest nasza rocznica, ale i tak chciałbym ci coś dać.

- Wymykamy się? – odszepnęłam podekscytowana. Ostatnio sporo czasu spędzaliśmy razem, ale to nie miało znaczenia. Tego faceta się nie dało przedawkować.

- Znając życie to najpierw musisz obrobić swoje nagrania, ale potem… - usta Pawła były już tak blisko, że muskały płatek mojego ucha. – Potem mam pewne plany wobec ciebie.

Zaczęłam rozpływać się w tym dotyku i w wizjach na spędzenie kolejnych godzin, ale rzeczywistość szybko przywołała mnie do porządku.

- A ja mam plany wobec ciebie, Wąsek – rozległo się za naszymi plecami.

Drgnęliśmy oboje, totalnie zaskoczeni i jak na komendę odwróciliśmy głowy. Oczy me ujrzały szanownego pana Thomasa Thurnbichlera we własnej osobie.

- Cześć, trenerze – rzucił Paweł, mocno zawstydzony.

- Plany te obejmują rozciąganie, saunę, spotkanie z teamem i minimum siedem godzin zdrowego snu. Żadnych ekscesów seksualnych. Zrozumiano?

- Tak, trenerze – wydukał mój mężczyzna, spuszczając wzrok jak skarcony przedszkolak. – Poznaj moją dziewczynę – dorzucił po chwili milczenia.

- Znamy się – skwitowałam.

Thurnbichler łaskawie skierował na mnie wzrok, a ja w duchu nastawiłam się na przepychankę słowną. Kolejną tego dnia. Świetny bilans.

Zapadła krótka, ale elektryzująca cisza, podczas której prowadziliśmy pojedynek na spojrzenia. Miał w tych swoich czarnych oczach coś cholernie magnetycznego. I denerwującego.

- Przepraszam za swoje wczorajsze zachowanie na skoczni – powiedział szybko, jakby każde słowo sprawiało mu ból. – Byłem trochę spięty. Możemy dzisiaj to nadrobić.

- Nie ma takiej potrzeby. Mam już wypełniony czas antenowy.

- Jak to? – wtrąciła się Monika. – Przecież tu chodzi o rozmowę z trenerem naszej kadry, w dodatku debiutującym. To jest cholernie ważny materiał!

- Nie jest.

- Jest! – do ataku na mnie dołączyła Ola. – Bierz się do roboty, Milena. Doceń to, że Thomas znalazł dla ciebie czas po pracy.

- Bo w trakcie pracy mu się nie udało – warknęłam.

- Bądźmy ponad to – Thomas uśmiechnął się do mnie. Chyba odniósł (mylne) wrażenie, że może kontrolować tę sytuację.

- Super. Potrzebujemy chwili na przygotowanie sprzętu, a ty w tym czasie możesz przygotować kolejne błyskotliwe riposty – odrzekłam spokojnie i również się uśmiechnęłam. – Robimy live’a? – zwróciłam się do dziewczyn, a one ochoczo przytaknęły.

Kilka minut później zwracałam się wprost do kamery i do kilkudziesięciu osób po drugiej stronie. Postanowiłam zapewnić im godziwą rozrywkę w ten sobotni wieczór.

- Witam wszystkich, oto żywy dowód na to, że zajmujemy się skokami every day and every night. Mimo późnej pory i natłoku ważnych zajęć - na przykład udzielania wywiadów dużym stacjom – znalazł dla nas czas trener polskiej kadry, Thomas Thurnbichler. Couch, jesteśmy zaszczyceni.

- Dobry wieczór – powiedział Thomas, ale na jego twarzy odbiło się lekkie zmieszanie.

- Zacznijmy może od pytań typowo warsztatowych. Czy wrodzona bezczelność pomaga panu w pracy?

Ola parsknęła śmiechem i obraz lekko zafalował.

- Nie nazwałbym siebie bezczelnym. Jestem raczej stanowczy i wiem, do czego zmierzam. Owszem, to ułatwia pracę, zwłaszcza z tak różnorodnym pod względem wieku i doświadczenia zespołem.

- No właśnie, doświadczenie. O ile mi wiadomo, nigdy wcześniej nie pełnił pan funkcji głównego trenera kadry. Skąd pomysł, że podoła pan temu zadaniu?

- Znam swoje możliwości. Nie jestem człowiekiem znikąd. Jak pani zapewne wie, byłem asystentem Andreasa Withoeltza, a wcześniej przez wiele lat trenowałem austriackich juniorów. I tu ciekawostka, również jako główny trener kadry.

- Owszem, C i D – wtrąciłam szybko.

Miałam wrażenie, że wstąpił we mnie diabeł. Nie do końca rozumiałam swoje zachowanie, ale ten człowiek irytował mnie tak bardzo, że marzyłam o tym, by utrzeć mu nosa. Rosnący licznik widzów naszej transmisji był dodatkowym smaczkiem.

- Wielcy mistrzowie też są najpierw w kadrach C i D.

Musiałam mu niestety oddać honor, że nieźle sobie radził, a moja napastliwość nie wyprowadzała go z równowagi. Przynajmniej na razie.

- Jakie to uczucie, zająć miejsce trenera tak lubianego i szanowanego przez zawodników? Michal Doleżal jest ojcem bardzo wielu sukcesów tego teamu. Nie obawia się pan życia w jego cieniu, zwłaszcza że na razie na polu trenerskim nie może się pan pochwalić zbyt wieloma samodzielnymi dokonaniami?

- Bardzo cenię Michala, ale z jakichś powodów współpraca z nim została zakończona. Teraz czas na nowy rozdział i nowe cele, a nie analizowanie przeszłości. Zresztą… moja wrodzona bezczelność, którą raczyła pani zauważyć, powinna tu okazać się pomocna.

Nie ugiął się przed kolejnym atakiem, a ja poczułam, że wytrąca mi wszystkie asy z rękawa i w dodatku świetnie się przy tym bawi. Nienawidziłam tego człowieka coraz bardziej.

Moje przyjaciółki tymczasem posyłały mi mordercze spojrzenia i dawały gorączkowe znaki, że mam natychmiast się ogarnąć. Mój popis nie zrobił na nich najlepszego wrażenia i zdawałam sobie sprawę, że za chwilę któraś wkroczy w kadr i zainterweniuje.

- Jaki jest pana dotychczasowy największy sukces? Mam tu na myśli zarówno hmm, karierę trenerską, jak i zawodniczą. Najbardziej medialny jest zapewne tak zwany podwójny skok w Bischofshofen… Ale miał pan wtedy trzynaście lat, może potem jednak udało się osiągnąć coś więcej?

Uśmiech Thomasa nie zbladł, ale na twarzy pojawiły się intensywne rumieńce świadczące o zdenerwowaniu. No w końcu.

- Moim największym sukcesem może okazać się to, że spokojnie przetrwałem tę rozmowę z panią, a nawet jestem skłonny umówić się na kolejną. Po sezonie. Aby mogła mi pani pogratulować publicznie zdobycia Pucharu Narodów i medalu Mistrzostw Świata.

- Szczerze nam wszystkim tego życzę – rozpromieniłam się, a potem krótko pożegnałam widzów. Zdawałam sobie sprawę, że zaraz zostanę skrócona przez moje przyjaciółki o głowę, a Paweł też raczej z wdzięcznością nie padnie mi w ramiona. Ale może było warto?

- Z tymi ekscesami seksualnymi mówiłem poważnie, Wąsek. Zabraniam ci kontaktów z tą kobietą przed zawodami – zapowiedział Thomas i odszedł bez pożegnania.

Miałam stuprocentową pewność, że mój facet go posłucha. Czekało mnie świętowanie rocznicy w samotności.

niedziela, 27 listopada 2022

dwa.

Półtora roku temu

 

Rzadko stawiałam wszystko na jedną kartę.

Rozsądnie wybrane studia, rozsądnie wybrana praca, rozsądnie dobrani znajomi, mieszkanie w dobrej dzielnicy. Grafik wypełniony samymi rozsądnymi zajęciami, zbilansowana dieta, codzienna joga i długie spacery. Rutyna.

Miałam prawie 30 lat i plan na wszystko, aż do końca swoich dni. Wiedziałam kiedy i za kogo wyjdę za mąż. Wiedziałam jak nazwę swoje dzieci i jaką dla nich wybrać podstawówkę. Miałam u boku świetnego faceta, początkującego prawnika, który co prawda większość czasu spędzał w kancelarii, ale za to był w stanie zapewnić nam godziwe warunki do życia. Byłam… szczęśliwa. Tak, szczęśliwa. Bo jak inaczej nazwać to poczucie bezpieczeństwa, spokoju i przewidywalności?

Aż któregoś dnia obudziłam się rano i jedyne, co byłam w stanie zrobić to krzyczeć z rozpaczy.

 

***

 

Od zawsze była we mnie melancholia. Jakiś cichy smutek, którego pochodzenia nie potrafiłam odgadnąć. Nie spotkała mnie przecież żadna trauma. Miałam cudownych rodziców, same dobre wspomnienia z dzieciństwa, jasne plany na przyszłość. Obiektywnie – idealne życie. A w środku? Totalna pustka. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz szczerze się śmiałam albo szczerze płakałam. Nie pamiętam kiedy czułam cokolwiek.

Tamten poranek pozornie nie różnił się niczym od pozostałych. Wstałam jak zwykle, zrobiłam lekki makijaż, podlałam kwiaty i wypiłam kawę. A potem po prostu wyszłam z mieszkania i zamiast udać się do biura, złapałam pierwszy pociąg do Trójmiasta.

 

***

- Ja wiem, że to nie jest normalne, ale czym właściwie jest normalność? – zadałam dziewczynom filozoficzne pytanie, upijając kolejny łyk prosecco wprost z butelki.

- Mnie nie pytaj, ja nigdy tego nie wiedziałam – wybełkotała Monika. – Od pół roku jestem zakochana w facecie, z którym nie zamieniłam na żywo nawet słowa. Nie czuję się upoważniona, by oceniać kogokolwiek.

- Ja też nie jestem szczęśliwa – oznajmiła Ola, odbierając mi butelkę. – Z chęcią pieprznę to wszystko i wyjadę. Nie wiem tylko dokąd, ale co za różnica.

Siedziałyśmy na naszej ukochanej orłowskiej plaży wpatrując się w niebo poprzecinane purpurowymi obłokami i szukałyśmy życiowej inspiracji na dnie butelki. Tylko z nimi umiałam tak swobodnie się upijać.

- Muszę coś zmienić, inaczej umrę nie na starość, tylko już teraz. Za kilkadziesiąt lat mnie tylko pochowają.

- Odejdź od niego – poradziła Monika. Bez zbędnych dyskusji przyznałam jej rację.

- Z tej nędznej pracy też odejdź. I wyjedź z tego miasta – dorzuciła Ola. - Jak działać, to na maksa.

- I co mam ze sobą zrobić? – zapytałam bezradnie, choć gdzieś w głębi mnie dojrzewała już odpowiedź.

Bo w tym moim cholernym ładzie i rozsądku była jedna wyrwa. Jedno zajęcie, które zawsze przynosiło mi mnóstwo frajdy, choć mało kto o nim wiedział.

Od kilku lat razem z dziewczynami prowadziłyśmy bloga o skokach narciarskich i udało nam się zebrać spore grono wiernych czytelników. Co prawda traktowałam to tylko jako odskocznię od codzienności, ale…

- Od:Skocznia – niemal wrzasnęłam, wylewając na siebie pół butelki wina. Przyjaciółki spojrzały na mnie osłupiałe.

- Zakładamy własny kanał informacyjny o skokach. Wszystkie trzy. Natychmiast.

 

***

Przyszedł czas sprzątania w głowie i w życiu.

Gdy powiedziałam Markowi, że odchodzę, zareagował wyjątkowo spokojnie. Najpierw był trochę zaskoczony, ale potem przyznał, że od dawna nie było między nami żadnej iskry i może rzeczywiście lepiej nam będzie osobno. W pracy przyjęli moje wypowiedzenie krótkim „ok”. Znajomi ledwie odnieśli się do informacji, że wyjeżdżam najpierw do Trójmiasta, a docelowo będę pracować w terenie. Większość po prostu życzyła mi powodzenia, część wyraziła ochotę na jakieś pożegnalne spotkanie, ale ostatecznie nie znaleźli dość czasu. Wszystko, co miałam, rozpieprzyłam w ciągu pięciu minut. Najwyraźniej tak niewiele było warte.

Potem była masa formalności, pośpiechu i stresu. Codziennie towarzyszyła mi niepewność, czy ten szalony plan wypali, ale nawet przez chwilę nie żałowałam podjętej decyzji. Ta burza emocji była czymś dobrym. Była błogosławieństwem dla kogoś, kto zapomniał jak to jest czuć.

Trzeciego grudnia 2021 roku jechałyśmy na zawody w Wiśle jako oficjalne prowadzące kanału Od:Skocznia.

Czwartego grudnia 2021 roku na skutek euforii wywołanej nowym sensem życia spożyłam nadmierną ilość alkoholu w hotelu Gołębiewski.

Piątego grudnia 2021 roku obudziłam się obok Pawła Wąska.

 

***

10. grudnia 2021

 

Kolejnym pucharowym przystankiem była Finlandia i osławiona Ruka.

Ekscytacja mieszała się we mnie z przerażeniem, bo z jednej strony marzyłam, by poczuć prawdziwą skandynawską zimę, a z drugiej stresowałam się swoim występem przed kamerą. Nigdy nie byłam zbyt pewna siebie i chociaż wiedzę o skokach miałam ogromną i gromadzoną przez wiele lat to nie miałam pojęcia, czy umiem ją przekazywać w sposób interesujący dla widzów. Czymś innym jest przecież pisanie bloga w domowym zaciszu, a czymś innym prowadzenie wywiadów z czołowymi zawodnikami. Co prawda wiślański debiut przebiegł nieźle, ale tam byłam na znajomym terenie i koncentrowałam się głównie na polskiej kadrze. Rozmowy po angielsku prowadziły moje nieco bardziej przebojowe przyjaciółki. Teraz role miały się odwrócić.

Sprawy nie ułatwiała także świadomość, że stanę oko w oko z Pawłem, z którym znajomość rozpoczęłam przecież dość... hmm, nietypowo. Po bardzo pijanej i bardzo przypadkowej nocy nastąpił wprawdzie miły poranek, ale po wypiciu wspólnej kawy nie wymieniliśmy się nawet kontaktami. Podejrzewałam, że chciał być po prostu wobec mnie kulturalny, ale w głębi duszy żałował tego wyskoku.

Pokład samolotu w Rovaniemi opuszczałam z mocno bijącym sercem. Na szczęście obok były moje nienormalne przyjaciółki, które chyba urządziły sobie konkurs na najbardziej żenującego suchara. Może chciały w ten sposób rozładować własne emocje, a może po prostu poprawić mi humor.

- Musiałyśmy przelecieć kawał drogi i to było średnio przyjemne - oznajmiła Monika. - Teraz powinnyśmy przelecieć jakiegoś przystojnego młodzieńca, co już będzie przyjemniejsze.

- Jakiegoś? - Ola spojrzała na nią z niesmakiem. - Myślałam, że jedziesz tu polować na konkretne chude ciało.

- Przed daniem głównym zawsze warto wziąć przystawkę. Prawda, Milena?

Wciąż dokuczały mi z powodu Pawła, ale nie mogłam ich za to winić. Sama nie rozumiałam co we mnie wtedy wstąpiło. Dawna ja analizowałaby to godzinami, ale teraz przecież chciałam być zupełnie inną osobą. Odsunęłam myśli o chłopaku i z uśmiechem dałam się wchłonąć mroźnej Finlandii.

 

***

 

Dźwięki Mazurka Dąbrowskiego przyprawiały o dreszcze. Zamknęłam oczy i śpiewałam z całych sił, nawet nie próbując powstrzymać napływających łez. Na najwyższym stopniu podium stał Kuba Wolny, któremu kibicowałam od lat. Było to jego pierwsze zwycięstwo w konkursie Pucharu Świata i niesamowicie się cieszyłam, że mogę oglądać je na żywo. Atmosfera na skoczni była typowo bożonarodzeniowa, choć do świąt pozostał jeszcze miesiąc. Kibiców było niewielu, ale za to bardzo zaangażowanych. Popijali grzane wino i wymachiwali flagami, niezrażeni temperaturą znacznie poniżej zera. W którymś momencie Ola zauważyła kilkunastoosobową grupkę dźwigającą ogromny baner z napisem "#teamWąsek". To było właśnie cudowne w Polakach. Dla swojej drużyny byli w stanie dotrzeć wszędzie.

- Jestem Zuza i was znam! Oglądałam wasz materiał z Wisły – usłyszałyśmy wołanie zarumienionej kilkuletniej dziewczynki w różowym kombinezonie. - Wyszło super! Możecie pozdrowić ode mnie Pawła?

- Mam lepszy pomysł - odpowiedziała natychmiast Ola. - Tak się składa, że jedna z nas jest z nim bardzo blisko zaprzyjaźniona i zaraz go tu przyprowadzi, żebyś sama mogła to zrobić. Co ty na to?

Dziewczynka rozpromieniła się w uśmiechu i zaczęła podskakiwać z ekscytacji, a ja posłałam przyjaciółce najbardziej mordercze spojrzenie, na jakie było mnie stać.

- No dalej, chyba nie zawiedziesz dziecka? - rzuciła Monika, z trudem powstrzymując śmiech, po czym odwróciła mnie w stronę domku Polaków.

Wąsek opierał się nonszalancko o barierkę, pogrążony w rozmowie z Dawidem Kubackim. Żadna komórka mojego ciała nie była gotowa na konfrontację, ale faktycznie nie chciałam zrobić przykrości małej fance.

- Raz się żyje - rzekłam sobie, po czym dość niepewnym krokiem ruszyłam w stronę chłopaka. Nie zauważył mnie, więc delikatnie dotknęłam jego ramienia.

- Czy mogę prosić o trochę wcześniejszy prezent pod choinkę?

Odwrócił się zaskoczony, ale zaraz na jego usta wypłynął szeroki uśmiech.

- O rany, jak miło cię widzieć! Miałem nadzieję, że tu będziesz! - entuzjazm w jego głosie chyba nie był udawany. - Jaki prezent chciałabyś dostać?

- Nie ja, tylko tamta młoda dama - wskazałam na dziewczynkę. - Tak się składa, że przyjechała tu specjalnie dla ciebie i bardzo liczy na autograf.

- Nie wiedziałem, że mam takie śliczne fanki - uśmiechnął się jeszcze szerzej, a potem złapał mnie za rękę i ruszył w jej stronę. Zaniemówiłam, czując jak jego palce splatają się z moimi. To było irracjonalne, ale przyjemne.

Nie kryłam radości patrząc jak Paweł ściąga z siebie plastron, a potem podpisuje go i wręcza zachwyconej Zuzi. Do tego dorzucił jeszcze kilka kartek z autografami, a na koniec podniósł ją do góry i mocno przytulił.

- Jesteś najlepszy i mam nadzieję, że zostaniesz mistrzem świata - zawołała, oplatając rączkami jego szyję, a potem zwróciła się do mnie:

- Cieszę się, że jesteś jego przyjaciółką i zaprosiłaś go tutaj.

Paweł przeniósł wzrok na mnie i puścił mi oczko.

- To może wspólne zdjęcie, przyjaciółko?

- Tak, ja wam zrobię! - Monika w sekundę była przy nas ze swoją lustrzanką. Spiorunowałam ją wzrokiem, ale oczywiście to zignorowała. Tymczasem Paweł przyciągnął mnie do siebie w taki sposób, że jego twarz znalazła się pomiędzy mną a dziewczynką, po czym wyszczerzył się do obiektywu.

Nie wiedziałam, czy lepiej spalić się ze wstydu natychmiast tu na miejscu czy najpierw jednak udusić nadgorliwą przyjaciółkę. Rozstrzygnięcie tej decyzji trzeba było jednak odłożyć w czasie, bo Ola pociągnęła mnie za rękaw puchowej kurtki.

- Flirty flirtami, ale przyjechałyśmy tu pracować. Idziemy robić wywiady.

 

***

 

Relaksowałam się z dziewczynami w saunie, sącząc wodę mineralną, gdyż ten wyjazd dla odmiany postanowiłam przeżyć w trzeźwości. Za oknami naszego klimatycznego domku wirowały płatki śniegu, z głośnika sączyło się "Last Christmas", a ja czułam dumę z dobrze wykonanego zadania. Przeprowadziłam wywiady z Laniskiem i Granerudem, obaj byli przemili i czułam, że zebrałam całkiem dobry materiał. Ola uzupełniła nasze nagrania rozmową z norweskim debiutantem, Fredrikiem Villumstadem (podejrzanie się przy tym rumieniąc), a Monika nagrała rozczulającą wypowiedź Kuby. Zasłużyłyśmy na odpoczynek, ale nie dane nam było go doświadczyć, bo rozległo się pukanie do drzwi.

Ola natychmiast zerwała się, by otworzyć, zupełnie jakby na kogoś czekała. Odnotowałam w myślach, że muszę ją przesłuchać w tej sprawie.

- Cześć, rodaczki - usłyszałam znajomy głos i natychmiast przeszedł mnie dreszcz. W progu stał nie kto inny niż Paweł Wąsek. - Możemy pogadać? - zwrócił się do mnie.

- Jasne - rzuciłam lekko spięta, a potem zdałam sobie sprawę, że oto prezentuję mu się w białym puchatym, lekko zsuwającym się ręczniku. I w niczym więcej.

- Do twarzy ci w białym - stwierdził, przewiercając mnie spojrzeniem. Nagle poczułam, że pod wpływem tego wzroku jest mi bardziej gorąco niż przed chwilą w saunie.

- Grzechem jest prosić, żebyś się ubrała - ciągnął niezrażony - ale... może spacer?

- Jasne - powtórzyłam niczym ostatnia idiotka, jakby wszystkim co miałam do przekazania światu były te dwie sylaby.

Nie rozumiałam dlaczego kontakt z nim odbierał mi cały rezon. Przecież to był obcy facet. Co prawda łączyło nas niezręczne wspomnienie wspólnej nocy, ale nic więcej.

Ogarnęłam się w tempie światła i wyszliśmy razem w mroźną noc. Zimowe Kuusamo prezentowało się przepięknie. Drzewa obleczone były białymi kołderkami, śnieg mienił się w światłach latarni. Mimo, że szliśmy główną aleją to wokół nas panowała niczym niezmącona cisza.

- Uciekłaś ode mnie w Wiśle - odezwał się Paweł. - Starałem się zatrzymać cię w pokoju jak najdłużej, ale czułem, że nie masz na to ochoty.

- Bo ta noc była taka... nieprzemyślana. Wiesz, ja mam teraz rewolucję w życiu, nie chciałam sobie wszystkiego komplikować jeszcze bardziej.

- Rewolucję? - uniósł brwi. - Opowiedz mi o tym.

I nagle, totalnie zaskakując samą siebie zaczęłam mówić o swoim (nie)idealnym życiu. Słowa wypływały ze mnie swobodnie, jakby ta spowiedź była właśnie tym, czego od dawna potrzebowałam. Jasne, omówiłam swoją sytuację wielokrotnie z Moniką i Olą, ale dopiero to spokojne milczenie Pawła przyniosło mi ulgę. Czułam, że mnie akceptuje.

- Podziwiam cię - odezwał się, gdy zakończyłam swój słowotok. - Ja bałbym się tak rzucić wszystko i iść w nieznane. Cholernie mi się podoba twoja odwaga.

- Odwaga? Przecież ja całe życie byłam tchórzem.

Paweł zatrzymał się raptownie i spojrzał mi głęboko w oczy.

- Nie pozwolę ci obrażać tej cudownej dziewczyny, która stoi przede mną. Jedyna tchórzliwa rzecz, którą zrobiłaś ostatnio to ta ucieczka ode mnie, ale to też da się naprawić.

A potem odchylił mój puchowy kaptur i zbliżył usta do moich. Jakaś część mnie chciała natychmiast się odsunąć, bo przeraził mnie ogrom uczuć, jakich doznałam przez ten drobny gest. Nie mogłam jednak po raz kolejny okazać się tchórzem.

Przylgnęłam do niego i oddałam pocałunek. Nie wiem ile tak trwaliśmy, bo czas przestał mieć znaczenie. Każda komórka mojego ciała przeczuwała, że zaczyna się coś pięknego.

 

***

 

Teraz

 

- Jesteś kretynką, skarbie - przywitała mnie czule Monika, gdy zdyszana wpadłam do strefy dla mediów.- Ty jesteś w stanie spóźnić się zawsze i na wszystko, prawda?

- Prawda - przyznałam bez zbędnych dyskusji. - Co z nagraniami?

- Większość mamy - poinformowała mnie Ola. - Możesz przejść się do Thurnbichlera, bo cały czas był oblepiony fankami i nie miałyśmy ochoty się tam pchać.

Thomas Thurnbichler był świeżo upieczonym trenerem naszej kadry A i właśnie zaliczał debiut w Pucharze Świata. Paweł bardzo chwalił jego metody treningowe, mimo że część z nich była dość ekscentryczna. Nikt wcześniej nie wymagał od zawodników, aby podczas lotu śpiewali ulubione piosenki lub rozwiązywali zadania matematyczne. Ten weekend dla kadry miał być pierwszym sprawdzianem skuteczności tych działań, a dla mnie pierwszą okazją, by poznać Austriaka osobiście.

Gdy zbliżyłam się do niego, rozmawiał z Eurosportem, stanęłam więc z boku grzecznie czekając na swoją kolej i przy okazji mu się przyglądając. Miał ciemne włosy i oczy, tunele w uszach i liczne tatuaże. Dużo gestykulował i radził sobie przed kamerą z niesamowitą pewnością siebie. A jego głos... hmm. Był głęboki. Gardłowy. Seksowny.

- Mogę zadać jeszcze kilka pytań? - zapytałam, gdy dziennikarz Eurosportu się oddalił.

Thurnbichler obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem. Przez chwilę zastanawiałam się czy rozbiera mnie wzrokiem czy też raczej mną gardzi. A może jedno i drugie.

- Nie - odpowiedział z bezczelnym uśmiechem, a potem odwrócił się i odszedł.

 

 

siedem.

Obudził mnie zapach jajecznicy i świeżo parzonej kawy. Byłam w łóżku sama, co niezmiernie mnie zdziwiło, bo Paweł nie miał dziś porannego tr...