niedziela, 27 listopada 2022

dwa.

Półtora roku temu

 

Rzadko stawiałam wszystko na jedną kartę.

Rozsądnie wybrane studia, rozsądnie wybrana praca, rozsądnie dobrani znajomi, mieszkanie w dobrej dzielnicy. Grafik wypełniony samymi rozsądnymi zajęciami, zbilansowana dieta, codzienna joga i długie spacery. Rutyna.

Miałam prawie 30 lat i plan na wszystko, aż do końca swoich dni. Wiedziałam kiedy i za kogo wyjdę za mąż. Wiedziałam jak nazwę swoje dzieci i jaką dla nich wybrać podstawówkę. Miałam u boku świetnego faceta, początkującego prawnika, który co prawda większość czasu spędzał w kancelarii, ale za to był w stanie zapewnić nam godziwe warunki do życia. Byłam… szczęśliwa. Tak, szczęśliwa. Bo jak inaczej nazwać to poczucie bezpieczeństwa, spokoju i przewidywalności?

Aż któregoś dnia obudziłam się rano i jedyne, co byłam w stanie zrobić to krzyczeć z rozpaczy.

 

***

 

Od zawsze była we mnie melancholia. Jakiś cichy smutek, którego pochodzenia nie potrafiłam odgadnąć. Nie spotkała mnie przecież żadna trauma. Miałam cudownych rodziców, same dobre wspomnienia z dzieciństwa, jasne plany na przyszłość. Obiektywnie – idealne życie. A w środku? Totalna pustka. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz szczerze się śmiałam albo szczerze płakałam. Nie pamiętam kiedy czułam cokolwiek.

Tamten poranek pozornie nie różnił się niczym od pozostałych. Wstałam jak zwykle, zrobiłam lekki makijaż, podlałam kwiaty i wypiłam kawę. A potem po prostu wyszłam z mieszkania i zamiast udać się do biura, złapałam pierwszy pociąg do Trójmiasta.

 

***

- Ja wiem, że to nie jest normalne, ale czym właściwie jest normalność? – zadałam dziewczynom filozoficzne pytanie, upijając kolejny łyk prosecco wprost z butelki.

- Mnie nie pytaj, ja nigdy tego nie wiedziałam – wybełkotała Monika. – Od pół roku jestem zakochana w facecie, z którym nie zamieniłam na żywo nawet słowa. Nie czuję się upoważniona, by oceniać kogokolwiek.

- Ja też nie jestem szczęśliwa – oznajmiła Ola, odbierając mi butelkę. – Z chęcią pieprznę to wszystko i wyjadę. Nie wiem tylko dokąd, ale co za różnica.

Siedziałyśmy na naszej ukochanej orłowskiej plaży wpatrując się w niebo poprzecinane purpurowymi obłokami i szukałyśmy życiowej inspiracji na dnie butelki. Tylko z nimi umiałam tak swobodnie się upijać.

- Muszę coś zmienić, inaczej umrę nie na starość, tylko już teraz. Za kilkadziesiąt lat mnie tylko pochowają.

- Odejdź od niego – poradziła Monika. Bez zbędnych dyskusji przyznałam jej rację.

- Z tej nędznej pracy też odejdź. I wyjedź z tego miasta – dorzuciła Ola. - Jak działać, to na maksa.

- I co mam ze sobą zrobić? – zapytałam bezradnie, choć gdzieś w głębi mnie dojrzewała już odpowiedź.

Bo w tym moim cholernym ładzie i rozsądku była jedna wyrwa. Jedno zajęcie, które zawsze przynosiło mi mnóstwo frajdy, choć mało kto o nim wiedział.

Od kilku lat razem z dziewczynami prowadziłyśmy bloga o skokach narciarskich i udało nam się zebrać spore grono wiernych czytelników. Co prawda traktowałam to tylko jako odskocznię od codzienności, ale…

- Od:Skocznia – niemal wrzasnęłam, wylewając na siebie pół butelki wina. Przyjaciółki spojrzały na mnie osłupiałe.

- Zakładamy własny kanał informacyjny o skokach. Wszystkie trzy. Natychmiast.

 

***

Przyszedł czas sprzątania w głowie i w życiu.

Gdy powiedziałam Markowi, że odchodzę, zareagował wyjątkowo spokojnie. Najpierw był trochę zaskoczony, ale potem przyznał, że od dawna nie było między nami żadnej iskry i może rzeczywiście lepiej nam będzie osobno. W pracy przyjęli moje wypowiedzenie krótkim „ok”. Znajomi ledwie odnieśli się do informacji, że wyjeżdżam najpierw do Trójmiasta, a docelowo będę pracować w terenie. Większość po prostu życzyła mi powodzenia, część wyraziła ochotę na jakieś pożegnalne spotkanie, ale ostatecznie nie znaleźli dość czasu. Wszystko, co miałam, rozpieprzyłam w ciągu pięciu minut. Najwyraźniej tak niewiele było warte.

Potem była masa formalności, pośpiechu i stresu. Codziennie towarzyszyła mi niepewność, czy ten szalony plan wypali, ale nawet przez chwilę nie żałowałam podjętej decyzji. Ta burza emocji była czymś dobrym. Była błogosławieństwem dla kogoś, kto zapomniał jak to jest czuć.

Trzeciego grudnia 2021 roku jechałyśmy na zawody w Wiśle jako oficjalne prowadzące kanału Od:Skocznia.

Czwartego grudnia 2021 roku na skutek euforii wywołanej nowym sensem życia spożyłam nadmierną ilość alkoholu w hotelu Gołębiewski.

Piątego grudnia 2021 roku obudziłam się obok Pawła Wąska.

 

***

10. grudnia 2021

 

Kolejnym pucharowym przystankiem była Finlandia i osławiona Ruka.

Ekscytacja mieszała się we mnie z przerażeniem, bo z jednej strony marzyłam, by poczuć prawdziwą skandynawską zimę, a z drugiej stresowałam się swoim występem przed kamerą. Nigdy nie byłam zbyt pewna siebie i chociaż wiedzę o skokach miałam ogromną i gromadzoną przez wiele lat to nie miałam pojęcia, czy umiem ją przekazywać w sposób interesujący dla widzów. Czymś innym jest przecież pisanie bloga w domowym zaciszu, a czymś innym prowadzenie wywiadów z czołowymi zawodnikami. Co prawda wiślański debiut przebiegł nieźle, ale tam byłam na znajomym terenie i koncentrowałam się głównie na polskiej kadrze. Rozmowy po angielsku prowadziły moje nieco bardziej przebojowe przyjaciółki. Teraz role miały się odwrócić.

Sprawy nie ułatwiała także świadomość, że stanę oko w oko z Pawłem, z którym znajomość rozpoczęłam przecież dość... hmm, nietypowo. Po bardzo pijanej i bardzo przypadkowej nocy nastąpił wprawdzie miły poranek, ale po wypiciu wspólnej kawy nie wymieniliśmy się nawet kontaktami. Podejrzewałam, że chciał być po prostu wobec mnie kulturalny, ale w głębi duszy żałował tego wyskoku.

Pokład samolotu w Rovaniemi opuszczałam z mocno bijącym sercem. Na szczęście obok były moje nienormalne przyjaciółki, które chyba urządziły sobie konkurs na najbardziej żenującego suchara. Może chciały w ten sposób rozładować własne emocje, a może po prostu poprawić mi humor.

- Musiałyśmy przelecieć kawał drogi i to było średnio przyjemne - oznajmiła Monika. - Teraz powinnyśmy przelecieć jakiegoś przystojnego młodzieńca, co już będzie przyjemniejsze.

- Jakiegoś? - Ola spojrzała na nią z niesmakiem. - Myślałam, że jedziesz tu polować na konkretne chude ciało.

- Przed daniem głównym zawsze warto wziąć przystawkę. Prawda, Milena?

Wciąż dokuczały mi z powodu Pawła, ale nie mogłam ich za to winić. Sama nie rozumiałam co we mnie wtedy wstąpiło. Dawna ja analizowałaby to godzinami, ale teraz przecież chciałam być zupełnie inną osobą. Odsunęłam myśli o chłopaku i z uśmiechem dałam się wchłonąć mroźnej Finlandii.

 

***

 

Dźwięki Mazurka Dąbrowskiego przyprawiały o dreszcze. Zamknęłam oczy i śpiewałam z całych sił, nawet nie próbując powstrzymać napływających łez. Na najwyższym stopniu podium stał Kuba Wolny, któremu kibicowałam od lat. Było to jego pierwsze zwycięstwo w konkursie Pucharu Świata i niesamowicie się cieszyłam, że mogę oglądać je na żywo. Atmosfera na skoczni była typowo bożonarodzeniowa, choć do świąt pozostał jeszcze miesiąc. Kibiców było niewielu, ale za to bardzo zaangażowanych. Popijali grzane wino i wymachiwali flagami, niezrażeni temperaturą znacznie poniżej zera. W którymś momencie Ola zauważyła kilkunastoosobową grupkę dźwigającą ogromny baner z napisem "#teamWąsek". To było właśnie cudowne w Polakach. Dla swojej drużyny byli w stanie dotrzeć wszędzie.

- Jestem Zuza i was znam! Oglądałam wasz materiał z Wisły – usłyszałyśmy wołanie zarumienionej kilkuletniej dziewczynki w różowym kombinezonie. - Wyszło super! Możecie pozdrowić ode mnie Pawła?

- Mam lepszy pomysł - odpowiedziała natychmiast Ola. - Tak się składa, że jedna z nas jest z nim bardzo blisko zaprzyjaźniona i zaraz go tu przyprowadzi, żebyś sama mogła to zrobić. Co ty na to?

Dziewczynka rozpromieniła się w uśmiechu i zaczęła podskakiwać z ekscytacji, a ja posłałam przyjaciółce najbardziej mordercze spojrzenie, na jakie było mnie stać.

- No dalej, chyba nie zawiedziesz dziecka? - rzuciła Monika, z trudem powstrzymując śmiech, po czym odwróciła mnie w stronę domku Polaków.

Wąsek opierał się nonszalancko o barierkę, pogrążony w rozmowie z Dawidem Kubackim. Żadna komórka mojego ciała nie była gotowa na konfrontację, ale faktycznie nie chciałam zrobić przykrości małej fance.

- Raz się żyje - rzekłam sobie, po czym dość niepewnym krokiem ruszyłam w stronę chłopaka. Nie zauważył mnie, więc delikatnie dotknęłam jego ramienia.

- Czy mogę prosić o trochę wcześniejszy prezent pod choinkę?

Odwrócił się zaskoczony, ale zaraz na jego usta wypłynął szeroki uśmiech.

- O rany, jak miło cię widzieć! Miałem nadzieję, że tu będziesz! - entuzjazm w jego głosie chyba nie był udawany. - Jaki prezent chciałabyś dostać?

- Nie ja, tylko tamta młoda dama - wskazałam na dziewczynkę. - Tak się składa, że przyjechała tu specjalnie dla ciebie i bardzo liczy na autograf.

- Nie wiedziałem, że mam takie śliczne fanki - uśmiechnął się jeszcze szerzej, a potem złapał mnie za rękę i ruszył w jej stronę. Zaniemówiłam, czując jak jego palce splatają się z moimi. To było irracjonalne, ale przyjemne.

Nie kryłam radości patrząc jak Paweł ściąga z siebie plastron, a potem podpisuje go i wręcza zachwyconej Zuzi. Do tego dorzucił jeszcze kilka kartek z autografami, a na koniec podniósł ją do góry i mocno przytulił.

- Jesteś najlepszy i mam nadzieję, że zostaniesz mistrzem świata - zawołała, oplatając rączkami jego szyję, a potem zwróciła się do mnie:

- Cieszę się, że jesteś jego przyjaciółką i zaprosiłaś go tutaj.

Paweł przeniósł wzrok na mnie i puścił mi oczko.

- To może wspólne zdjęcie, przyjaciółko?

- Tak, ja wam zrobię! - Monika w sekundę była przy nas ze swoją lustrzanką. Spiorunowałam ją wzrokiem, ale oczywiście to zignorowała. Tymczasem Paweł przyciągnął mnie do siebie w taki sposób, że jego twarz znalazła się pomiędzy mną a dziewczynką, po czym wyszczerzył się do obiektywu.

Nie wiedziałam, czy lepiej spalić się ze wstydu natychmiast tu na miejscu czy najpierw jednak udusić nadgorliwą przyjaciółkę. Rozstrzygnięcie tej decyzji trzeba było jednak odłożyć w czasie, bo Ola pociągnęła mnie za rękaw puchowej kurtki.

- Flirty flirtami, ale przyjechałyśmy tu pracować. Idziemy robić wywiady.

 

***

 

Relaksowałam się z dziewczynami w saunie, sącząc wodę mineralną, gdyż ten wyjazd dla odmiany postanowiłam przeżyć w trzeźwości. Za oknami naszego klimatycznego domku wirowały płatki śniegu, z głośnika sączyło się "Last Christmas", a ja czułam dumę z dobrze wykonanego zadania. Przeprowadziłam wywiady z Laniskiem i Granerudem, obaj byli przemili i czułam, że zebrałam całkiem dobry materiał. Ola uzupełniła nasze nagrania rozmową z norweskim debiutantem, Fredrikiem Villumstadem (podejrzanie się przy tym rumieniąc), a Monika nagrała rozczulającą wypowiedź Kuby. Zasłużyłyśmy na odpoczynek, ale nie dane nam było go doświadczyć, bo rozległo się pukanie do drzwi.

Ola natychmiast zerwała się, by otworzyć, zupełnie jakby na kogoś czekała. Odnotowałam w myślach, że muszę ją przesłuchać w tej sprawie.

- Cześć, rodaczki - usłyszałam znajomy głos i natychmiast przeszedł mnie dreszcz. W progu stał nie kto inny niż Paweł Wąsek. - Możemy pogadać? - zwrócił się do mnie.

- Jasne - rzuciłam lekko spięta, a potem zdałam sobie sprawę, że oto prezentuję mu się w białym puchatym, lekko zsuwającym się ręczniku. I w niczym więcej.

- Do twarzy ci w białym - stwierdził, przewiercając mnie spojrzeniem. Nagle poczułam, że pod wpływem tego wzroku jest mi bardziej gorąco niż przed chwilą w saunie.

- Grzechem jest prosić, żebyś się ubrała - ciągnął niezrażony - ale... może spacer?

- Jasne - powtórzyłam niczym ostatnia idiotka, jakby wszystkim co miałam do przekazania światu były te dwie sylaby.

Nie rozumiałam dlaczego kontakt z nim odbierał mi cały rezon. Przecież to był obcy facet. Co prawda łączyło nas niezręczne wspomnienie wspólnej nocy, ale nic więcej.

Ogarnęłam się w tempie światła i wyszliśmy razem w mroźną noc. Zimowe Kuusamo prezentowało się przepięknie. Drzewa obleczone były białymi kołderkami, śnieg mienił się w światłach latarni. Mimo, że szliśmy główną aleją to wokół nas panowała niczym niezmącona cisza.

- Uciekłaś ode mnie w Wiśle - odezwał się Paweł. - Starałem się zatrzymać cię w pokoju jak najdłużej, ale czułem, że nie masz na to ochoty.

- Bo ta noc była taka... nieprzemyślana. Wiesz, ja mam teraz rewolucję w życiu, nie chciałam sobie wszystkiego komplikować jeszcze bardziej.

- Rewolucję? - uniósł brwi. - Opowiedz mi o tym.

I nagle, totalnie zaskakując samą siebie zaczęłam mówić o swoim (nie)idealnym życiu. Słowa wypływały ze mnie swobodnie, jakby ta spowiedź była właśnie tym, czego od dawna potrzebowałam. Jasne, omówiłam swoją sytuację wielokrotnie z Moniką i Olą, ale dopiero to spokojne milczenie Pawła przyniosło mi ulgę. Czułam, że mnie akceptuje.

- Podziwiam cię - odezwał się, gdy zakończyłam swój słowotok. - Ja bałbym się tak rzucić wszystko i iść w nieznane. Cholernie mi się podoba twoja odwaga.

- Odwaga? Przecież ja całe życie byłam tchórzem.

Paweł zatrzymał się raptownie i spojrzał mi głęboko w oczy.

- Nie pozwolę ci obrażać tej cudownej dziewczyny, która stoi przede mną. Jedyna tchórzliwa rzecz, którą zrobiłaś ostatnio to ta ucieczka ode mnie, ale to też da się naprawić.

A potem odchylił mój puchowy kaptur i zbliżył usta do moich. Jakaś część mnie chciała natychmiast się odsunąć, bo przeraził mnie ogrom uczuć, jakich doznałam przez ten drobny gest. Nie mogłam jednak po raz kolejny okazać się tchórzem.

Przylgnęłam do niego i oddałam pocałunek. Nie wiem ile tak trwaliśmy, bo czas przestał mieć znaczenie. Każda komórka mojego ciała przeczuwała, że zaczyna się coś pięknego.

 

***

 

Teraz

 

- Jesteś kretynką, skarbie - przywitała mnie czule Monika, gdy zdyszana wpadłam do strefy dla mediów.- Ty jesteś w stanie spóźnić się zawsze i na wszystko, prawda?

- Prawda - przyznałam bez zbędnych dyskusji. - Co z nagraniami?

- Większość mamy - poinformowała mnie Ola. - Możesz przejść się do Thurnbichlera, bo cały czas był oblepiony fankami i nie miałyśmy ochoty się tam pchać.

Thomas Thurnbichler był świeżo upieczonym trenerem naszej kadry A i właśnie zaliczał debiut w Pucharze Świata. Paweł bardzo chwalił jego metody treningowe, mimo że część z nich była dość ekscentryczna. Nikt wcześniej nie wymagał od zawodników, aby podczas lotu śpiewali ulubione piosenki lub rozwiązywali zadania matematyczne. Ten weekend dla kadry miał być pierwszym sprawdzianem skuteczności tych działań, a dla mnie pierwszą okazją, by poznać Austriaka osobiście.

Gdy zbliżyłam się do niego, rozmawiał z Eurosportem, stanęłam więc z boku grzecznie czekając na swoją kolej i przy okazji mu się przyglądając. Miał ciemne włosy i oczy, tunele w uszach i liczne tatuaże. Dużo gestykulował i radził sobie przed kamerą z niesamowitą pewnością siebie. A jego głos... hmm. Był głęboki. Gardłowy. Seksowny.

- Mogę zadać jeszcze kilka pytań? - zapytałam, gdy dziennikarz Eurosportu się oddalił.

Thurnbichler obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem. Przez chwilę zastanawiałam się czy rozbiera mnie wzrokiem czy też raczej mną gardzi. A może jedno i drugie.

- Nie - odpowiedział z bezczelnym uśmiechem, a potem odwrócił się i odszedł.

 

 

jeden.

Niewiele pamiętam z tamtej nocy. Nie było powolnych wędrówek opuszkami palców po ciele. Nie było szeptów tak delikatnych i ulotnych, że przy krawędzi skóry zamieniały się w oddechy. Nie było czułości w pocałunkach. Nie było żadnej rozmowy oczu, żadnego drżącego wyczekiwania na pierwszy dotyk.

Było szybko, głośno i byle jak.
Sama nie wiem czy po przebudzeniu byłam bardziej zaskoczona czy zażenowana. "Brawo, jesteś dziwką", skomentowałam w myślach zaistniałą sytuację, rozglądając się za swoimi ubraniami. Zlokalizowałam stanik na oparciu fotela i sukienkę rzuconą niedbale na podłogę. Podniosłam się najciszej jak umiałam, omijąc wzrokiem faceta zakopanego w pościel obok mnie. Nie tak miał wyglądać mój pierwszy służbowy wyjazd na zawody. Nie tak powinnam rozpoczynać spektakularną karierę dziennikarską. W myślach przeklęłam swoje przyjaciółki, które kilka godzin temu z uporem przekonywały, że wypicie kolejnego drinka jest wspaniałym pomysłem. A właściwie kilkunastu kolejnych drinków. I wina. I chyba kilku piw. Pojęcia nie mam kto za to wszystko zapłacił, bo nasz budżet zdecydowanie nie przewidywał upijania się w najdroższym hotelu w mieście.
Ola i Monika pewnie teraz słodko spały w naszym pokoju i nie miały pogubionej bielizny i zrujnowanej reputacji. Nie mogłam uwierzyć, że mnie tak bezczelnie porzuciły, ale przysięgłam sobie, że nie puszczę im tego płazem. Najpierw jednak musiałam dyskretnie się ewakuować i tym samym uniknąć niezręcznej wymiany zdań z towarzyszem nocnych harców. Głowę miał odwróconą w stronę ściany i oddychał miarowo. Może się uda.
Już niemal wygrzebałam się z łóżka, starannie kalkulując każdy ruch, gdy nagle opadła na mnie jego ręka. Wciąż się nie obudził, ale - o zgrozo! - przyciągnął mnie do siebie. Podjęłam desperacką próbę wyswobodzenia się z jego ramion, ale na próżno. Może był nienaturalnie szczupły, ale jednak siły mu nie brakowało. Przymknęłam oczy i odliczyłam wolno do pięciu, starając się znaleźć jakiś prosty sposób, żeby zniknąć i więcej go nie oglądać. A jeśli już będę zmuszona zrobić to ponownie to chociaż w ubraniu.
- Dzień dobry - odezwał się w pewnej chwili, a ja drgnęłam totalnie zaskoczona.
- No dzień dobry... - rzuciłam niepewnie. - I do widzenia. I sorry. I pójdę sobie.
Roześmiał się i wsparł na łokciu, zrównując swoje spojrzenie z moim. Jego lewa ręka wciąż oplatała mnie w pasie. To było irracjonalne.
- Kawa z cukrem czy bez?

***


Jedenaście miesięcy później zmierzałam do tego samego hotelu w tym samym mieście i oczywiście byłam spóźniona. Dziewczyny od dawna były już na miejscu, mimo że jedna musiała odbyć w tym celu lot ze Słowenii, a druga z Norwegii. Ja natomiast miałam do pokonania aż 12 km drogą wojewódzką nr 941. Spore wyzwanie.
"Show me love as we get older..." - zaśpiewała moja komórka, niemal przyprawiając mnie o zawał.
- Będziesz zaraz na skoczni, kochanie? - zapytał Paweł lekko kpiącym głosem. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że nie, nie będę. Wpadnę do strefy dla mediów w ostatniej chwili albo w ogóle odpuszczę kwalifikacje, bo utknę w korku przed Malinką, a "poskokowe" wywiady będę preparować podczas kolacji. Nawet nie próbowałam ściemniać, bo przecież mnie znał. Jak nikt inny. Wyspowiadałam mu się ze wszystkich słabości, a on nigdy mnie nie oceniał. Zaakceptował to, że jestem roztrzepana, uparta i czasem nadużywam drinków w Gołębiewskim. Kochał mnie taką.
A ja kochałam jego i to od momentu, gdy po raz pierwszy piliśmy razem kawę.

siedem.

Obudził mnie zapach jajecznicy i świeżo parzonej kawy. Byłam w łóżku sama, co niezmiernie mnie zdziwiło, bo Paweł nie miał dziś porannego tr...