niedziela, 27 listopada 2022

jeden.

Niewiele pamiętam z tamtej nocy. Nie było powolnych wędrówek opuszkami palców po ciele. Nie było szeptów tak delikatnych i ulotnych, że przy krawędzi skóry zamieniały się w oddechy. Nie było czułości w pocałunkach. Nie było żadnej rozmowy oczu, żadnego drżącego wyczekiwania na pierwszy dotyk.

Było szybko, głośno i byle jak.
Sama nie wiem czy po przebudzeniu byłam bardziej zaskoczona czy zażenowana. "Brawo, jesteś dziwką", skomentowałam w myślach zaistniałą sytuację, rozglądając się za swoimi ubraniami. Zlokalizowałam stanik na oparciu fotela i sukienkę rzuconą niedbale na podłogę. Podniosłam się najciszej jak umiałam, omijąc wzrokiem faceta zakopanego w pościel obok mnie. Nie tak miał wyglądać mój pierwszy służbowy wyjazd na zawody. Nie tak powinnam rozpoczynać spektakularną karierę dziennikarską. W myślach przeklęłam swoje przyjaciółki, które kilka godzin temu z uporem przekonywały, że wypicie kolejnego drinka jest wspaniałym pomysłem. A właściwie kilkunastu kolejnych drinków. I wina. I chyba kilku piw. Pojęcia nie mam kto za to wszystko zapłacił, bo nasz budżet zdecydowanie nie przewidywał upijania się w najdroższym hotelu w mieście.
Ola i Monika pewnie teraz słodko spały w naszym pokoju i nie miały pogubionej bielizny i zrujnowanej reputacji. Nie mogłam uwierzyć, że mnie tak bezczelnie porzuciły, ale przysięgłam sobie, że nie puszczę im tego płazem. Najpierw jednak musiałam dyskretnie się ewakuować i tym samym uniknąć niezręcznej wymiany zdań z towarzyszem nocnych harców. Głowę miał odwróconą w stronę ściany i oddychał miarowo. Może się uda.
Już niemal wygrzebałam się z łóżka, starannie kalkulując każdy ruch, gdy nagle opadła na mnie jego ręka. Wciąż się nie obudził, ale - o zgrozo! - przyciągnął mnie do siebie. Podjęłam desperacką próbę wyswobodzenia się z jego ramion, ale na próżno. Może był nienaturalnie szczupły, ale jednak siły mu nie brakowało. Przymknęłam oczy i odliczyłam wolno do pięciu, starając się znaleźć jakiś prosty sposób, żeby zniknąć i więcej go nie oglądać. A jeśli już będę zmuszona zrobić to ponownie to chociaż w ubraniu.
- Dzień dobry - odezwał się w pewnej chwili, a ja drgnęłam totalnie zaskoczona.
- No dzień dobry... - rzuciłam niepewnie. - I do widzenia. I sorry. I pójdę sobie.
Roześmiał się i wsparł na łokciu, zrównując swoje spojrzenie z moim. Jego lewa ręka wciąż oplatała mnie w pasie. To było irracjonalne.
- Kawa z cukrem czy bez?

***


Jedenaście miesięcy później zmierzałam do tego samego hotelu w tym samym mieście i oczywiście byłam spóźniona. Dziewczyny od dawna były już na miejscu, mimo że jedna musiała odbyć w tym celu lot ze Słowenii, a druga z Norwegii. Ja natomiast miałam do pokonania aż 12 km drogą wojewódzką nr 941. Spore wyzwanie.
"Show me love as we get older..." - zaśpiewała moja komórka, niemal przyprawiając mnie o zawał.
- Będziesz zaraz na skoczni, kochanie? - zapytał Paweł lekko kpiącym głosem. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że nie, nie będę. Wpadnę do strefy dla mediów w ostatniej chwili albo w ogóle odpuszczę kwalifikacje, bo utknę w korku przed Malinką, a "poskokowe" wywiady będę preparować podczas kolacji. Nawet nie próbowałam ściemniać, bo przecież mnie znał. Jak nikt inny. Wyspowiadałam mu się ze wszystkich słabości, a on nigdy mnie nie oceniał. Zaakceptował to, że jestem roztrzepana, uparta i czasem nadużywam drinków w Gołębiewskim. Kochał mnie taką.
A ja kochałam jego i to od momentu, gdy po raz pierwszy piliśmy razem kawę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

siedem.

Obudził mnie zapach jajecznicy i świeżo parzonej kawy. Byłam w łóżku sama, co niezmiernie mnie zdziwiło, bo Paweł nie miał dziś porannego tr...