Niewiele pamiętam z tamtej nocy. Nie było powolnych wędrówek opuszkami palców po ciele. Nie było szeptów tak delikatnych i ulotnych, że przy krawędzi skóry zamieniały się w oddechy. Nie było czułości w pocałunkach. Nie było żadnej rozmowy oczu, żadnego drżącego wyczekiwania na pierwszy dotyk.
Było szybko, głośno i byle jak.
Sama
nie wiem czy po przebudzeniu byłam bardziej zaskoczona czy zażenowana.
"Brawo, jesteś dziwką", skomentowałam w myślach zaistniałą sytuację,
rozglądając się za swoimi ubraniami. Zlokalizowałam stanik na oparciu
fotela i sukienkę rzuconą niedbale na podłogę. Podniosłam się najciszej
jak umiałam, omijąc wzrokiem faceta zakopanego w pościel obok mnie. Nie
tak miał wyglądać mój pierwszy służbowy wyjazd na zawody. Nie tak
powinnam rozpoczynać spektakularną karierę dziennikarską. W myślach
przeklęłam swoje przyjaciółki, które kilka godzin temu z uporem
przekonywały, że wypicie kolejnego drinka jest wspaniałym pomysłem. A
właściwie kilkunastu kolejnych drinków. I wina. I chyba kilku piw.
Pojęcia nie mam kto za to wszystko zapłacił, bo nasz budżet zdecydowanie
nie przewidywał upijania się w najdroższym hotelu w mieście.
Ola
i Monika pewnie teraz słodko spały w naszym pokoju i nie miały
pogubionej bielizny i zrujnowanej reputacji. Nie mogłam uwierzyć, że
mnie tak bezczelnie porzuciły, ale przysięgłam sobie, że nie puszczę im
tego płazem. Najpierw jednak musiałam dyskretnie się ewakuować i tym
samym uniknąć niezręcznej wymiany zdań z towarzyszem nocnych harców.
Głowę miał odwróconą w stronę ściany i oddychał miarowo. Może się uda.
Już
niemal wygrzebałam się z łóżka, starannie kalkulując każdy ruch, gdy
nagle opadła na mnie jego ręka. Wciąż się nie obudził, ale - o zgrozo! -
przyciągnął mnie do siebie. Podjęłam desperacką próbę wyswobodzenia się
z jego ramion, ale na próżno. Może był nienaturalnie szczupły, ale
jednak siły mu nie brakowało. Przymknęłam oczy i odliczyłam wolno do
pięciu, starając się znaleźć jakiś prosty sposób, żeby zniknąć i więcej
go nie oglądać. A jeśli już będę zmuszona zrobić to ponownie to chociaż w
ubraniu.
- Dzień dobry - odezwał się w pewnej chwili, a ja drgnęłam totalnie zaskoczona.
- No dzień dobry... - rzuciłam niepewnie. - I do widzenia. I sorry. I pójdę sobie.
Roześmiał
się i wsparł na łokciu, zrównując swoje spojrzenie z moim. Jego lewa
ręka wciąż oplatała mnie w pasie. To było irracjonalne.
- Kawa z cukrem czy bez?
***
Jedenaście
miesięcy później zmierzałam do tego samego hotelu w tym samym mieście i
oczywiście byłam spóźniona. Dziewczyny od dawna były już na miejscu,
mimo że jedna musiała odbyć w tym celu lot ze Słowenii, a druga z
Norwegii. Ja natomiast miałam do pokonania aż 12 km drogą wojewódzką nr
941. Spore wyzwanie.
"Show me love as we get older..." - zaśpiewała moja komórka, niemal przyprawiając mnie o zawał.
-
Będziesz zaraz na skoczni, kochanie? - zapytał Paweł lekko kpiącym
głosem. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że nie, nie będę. Wpadnę do
strefy dla mediów w ostatniej chwili albo w ogóle odpuszczę
kwalifikacje, bo utknę w korku przed Malinką, a "poskokowe" wywiady będę
preparować podczas kolacji. Nawet nie próbowałam ściemniać, bo przecież
mnie znał. Jak nikt inny. Wyspowiadałam mu się ze wszystkich słabości, a
on nigdy mnie nie oceniał. Zaakceptował to, że jestem roztrzepana,
uparta i czasem nadużywam drinków w Gołębiewskim. Kochał mnie taką.
A ja kochałam jego i to od momentu, gdy po raz pierwszy piliśmy razem kawę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz